Lekarz prywatny - czyli kto?


Wykład wygłoszony zjeździe psychiatrów polskich w Warszawie

Chciałbym podzielić się własnymi doświadczeniach i przemyśleniami związanymi z prywatyzacją w ochronie zdrowia. Uważam, że należy jednak na początek wyjaśnić, kto to jest lekarz prywatny? W dobie pomieszania pojęć i umysłów, co najlepiej jest widoczne w ochronie zdrowia, wyjaśnienie takie wydaje się być konieczne.
Lekarzem prywatnym jest moim zdaniem tylko ten, który utrzymuje się ze swej praktyki, z nią wiąże swe aspiracje życiowe, ona jest jego dziełem, ambicją i przyszłością. Tak więc lekarzem prywatnym nie będzie największy nawet dyrektor szpitala, który "dla dorobienia sobie" w jakiś dzień tygodnia, między godzina taką a taką, zechcieć będzie przyjąć kilku pacjentów. Nie będzie nim również ważny profesor, który miedzy kolejnymi badaniami stroboskopowymi czy innymi, między jednym zjazdem w Pernambuko lub Montrealu, zechcieć będzie we wtorek lub czwartek, między godziną 16.00 a 17.00. "załatwić" kilku pacjentów.
Lekarzem prywatnym nie będzie również kolega biegający od jednego ośrodka, czy centrum, do innego gabinetu medycyny alternatywnej, psychoedukacji czy innej.
Nie będzie nim również lekarz pracujący jako wyrobnik w tym czy innym medicentrum czy fundacji, po kilka godzin tygodniowo. Wszyscy wymienieni ludzie są po prostu pracownikami najemnymi, łatającymi swój dziurawy budżet, a prywatna ich praca jest tylko hybrydą prywatnej praktyki, wynikającej z biedy systemu w jakim żyjemy, z mizerii materialnej, upadku autorytetów (bo niby skąd je brać?), z wszechogarniającej korupcji i innych naszych obecnych bolączek.
W moim przekonaniu prywatny lekarz, to ktoś, kto całe swoje życie związał z praktyką. Ona jest jego celem i przeznaczeniem. Wymaga to poczynienia określonych inwestycji, nierzadko z określonymi wyrzeczeniami materialnymi na starcie.
Wszyscy inni, którzy w godzinach lub po godzinach, na dyżurze lub po dyżurze, w swej pracy, czyli w tym czy innym biurze medycznym, nazywanym kiedyś szpitalem lub poradnią, jakoby prywatnie leczą pacjentów, wszyscy oni nie mają nic wspólnego z lekarzami prywatnymi. Wypaczony, przetrwały, przegniły system medyczny, upiorny pogrobowiec komuny, stworzył wiele zwyczajów ułatwiających korupcję. Wszystkie, niby prywatne firmy, gnieżdżące się w mniej lub bardziej obskurnych pomieszczeniach zlokalizowanych na terenie szpitali lub państwowych poradni - mogą być a priori miejscem haniebnych praktyk korupcyjnych. Dyrektorzy do godz. 15.00 państwowi, a od godz. 15.00 prywatni, w tych samych gabinetach, to złowrogie oznaki pomieszania pojęć, kim powinien być lekarz prywatny i jak powinien pracować. A takich hybryd medycznych mamy wokół siebie pełno.
Dla przykładu przypomnę kilka owych medycznych prywatyzacji z ostatnich lat, w których lekarze nie mieli nic do powiedzenia. W jednym z warszawskich szpitali częściowej prywatyzacji poddane zostały niektóre z jego działów. Dokonano tego przy współudziale jednego z luminarzy naszej polityki zdrowotnej. Lekarze tam są najemnikami, którym za etat proponuje się około 1000 zł wynagrodzenia miesięcznie.
Inny przykład: ojcowie zakonni sprywatyzowali jeden z domów opieki. Lecz prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż jakikolwiek biedak dostanie się do tego domu. Przykłady takie można mnożyć. Zapewne każdy sam je dobrze znacie.
Próby tzw. prywatyzacji, kiedy to lekarz dostępny jest dla pacjenta tylko dwa razy w tygodniu, między godzinami 16.00 a 17.00, są kpiną, a nie prywatną praktyką. A to, że pacjent, płacąc sporą sumę za honorarium, nie może się ze swoim lekarzem porozumieć telefonicznie, w razie pilnej potrzeby, kiedy dopadnie go stan lękowy lub inny kłopot, jest też kpiną z tzw. praktyki prywatnej.
Wielkie firmy medyczne, zatrudniające lekarzy jako najemników, potrafią ofiarować pacjentowi kontakt z lekarzem, ale każdego dnia z innym. Na pewno ten system w naszej nie może dobrze funkcjonować.
Kiedy trzynaście lat temu niektóre świętoszkowate osoby dowiedziały się, że mam zamiar wreszcie zacząć sensownie pracować i otwieram prywatną praktykę, pytano mnie: – Jak to, chce Pan od pacjentów brać pieniądze?
Chcę podtrzymać twierdzenie, że każdy lekarz powinien być przyzwoicie wynagradzany, ale lekarz praktykujący prywatnie, sam musi o to zadbać. Rozpoczynając praktykę, staje się jednym z podmiotów podstawowych prawideł gry ekonomicznej, która mówi, iż podaż, popyt i cena towaru lub usługi pozostają w stałej, określonej relacji i zależności. Dobrze świadczona usługa, wykonana przez wyszkolonego specjalistę musi mieć swoją cenę i prawa rynku ową cenę będą określać. Z innej strony określać ją będzie konkurencja zwiększająca podaż usług, popyt na usługę i zamożność społeczeństwa,w jakim działa określony system usług. Tak więc, nikt nie może arbitralnie określać, ile kosztować ma dana wizyta, tak jak usiłowały to czynić "chore kasy", a co najwyżej może proponować ceny do negocjacji.
W cenie wizyty, a więc w dochodach prywatnie pracującego lekarza, zawarta musi być nie tylko suma wystarczająca na utrzymanie jego i jego rodziny, szansa na utrzymanie samochodu, którym odwiedzać będzie pacjentów w domu, ale i suma niezbędna do akumulacji kapitału. Tylko bowiem w ten sposób lekarz może rozbudowywać swoją praktykę, dokształcać się, zatrudniać personel, tworzyć poradnię z prawdziwego zdarzenia i nowy obraz naszej ochrony zdrowia. W większości krajów, które uporządkowały organizację opieki zdrowotnej nie obyło się bez współuczestniczenia pacjentów w kosztach leczenia. Nawet jednak przy tym systemie w wielu krajach społeczna ochrona zdrowia jest w stanie zapaści. Kraj nasz, podobnie jak wiele krajów Środkowej Europy, ze względu na konieczność całkowitej przebudowy zaistniałej struktury ochrony zdrowia, jest dziś w szczególnie trudnej sytuacji.
Nieliczne, niezależne grupy lekarzy już teraz próbują tworzyć większe wielospecjalistyczne poradnie czy polikliniki. Poza stomatologią czy innymi tzw. "lukratywnymi" specjalnościami są to jednak nieliczne próby. W wielu specjalnościach nie ma potrzeby kupowania drogiego sprzętu diagnostycznego, jednak czas wizyty jest zazwyczaj znacznie dłuższy niż u innych specjalistów. I ten właśnie fakt powinien również znaleźć odbicie w wynagrodzeniu np. psychiatry. Dlatego uparcie twierdzę, że prywatyzacja w naszej ochronie zdrowia musi odbywać się oddolnie, w oparciu o wiedzę, autorytet, rzutkość poszczególnych doktorów, których z akumulacji ich dochodów stać będzie na usprawnianie gabinetów, zakup sprzętu i lokali. Wszelkie inne formy prywatyzacji pozostaną wypaczeniem, a lekarz pozostanie jedynie marnie płatnym wyrobnikiem. W miarę wzrostu siły ekonomicznej tych gabinetów ich wspólnym działaniem może być przejmowanie poradni czy nawet mniejszych szpitali. One powinny być partnerami zawierającymi umowy z konkurującymi ze sobą kasami czy ubezpieczalniami, a nie jednym monstrum – molochem, niezależnie od tego czy będzie się nazywał Narodowy Fundusz Zdrowia czy inaczej.
Na czyją pomoc może więc liczyć lekarz prywatnie pracujący, w tak zarysowanych ambitnych dążeniach?
Niestety - na niczyją!
Musimy uświadomić sobie, jak wielkie siedzi mrowie pasożytów na obecnym zdegenerowanym systemie. To co media dosadnie nazwały już dawno "medyczną mafią" nie jest wyłącznie medialnym, wirtualnym tworem. Setki, jeśli nie tysiące osób, żyje sobie wygodnie tylko dlatego, że nie istnieje silne medyczne środowisko niezależnych ekonomicznie lekarzy.
Każdy z lekarzy prywatnie praktykujących jest przez wszelkiego autoramentu władze traktowany podejrzliwie. Środowisko akademickie wydaje się być dobrze zakorzenione w aktualnym systemie i trudno byłoby oczekiwać z tej strony jakiegokolwiek poważnego zainteresowania omawianymi aspektami. W izbach lekarskich sekcja poświęcona prywatnej praktyce ma taką samą rangę jak koło emerytów. Zresztą izby żyją swym własnym życiem, mają swoje ważne problemy i afery.
Czy w przedstawionym sarkastycznym obrazie aktualnej, medycznej rzeczywistości nie ma dla nas szans?
Tak źle chyba jednak nie jest. Poniosła mnie nieco polemiczna wena. Widząc na wielu zjazdach tak wielu młodych, dynamicznych przyszłych specjalistów, można mieć nadzieje, że nie wszyscy z nich wyjadą za granicę, ale znaczna część zakasze rękawy i będzie - wbrew skostniałym, a często i skorumpowanym autorytetom - czyścić ową stajnię Augiasza, aż dojdzie wreszcie do tego, że lekarz będzie mógł godnie żyć ze swojej pracy i byle dyletant czy gryzipiórek nie będzie mógł mu narzucić jak ma pracować.